poniedziałek, 27 maja 2013

Mój poród - jak to było?

Kochani,
w ostatnim poście przedstawiłam Wam moją córeczkę i obiecałam post opisujący mój poród, dlatego jeżeli ktoś jest o słabszych nerwach lub nie lubi czytać o takich rzeczach, to proponuję opuścić ten wpis.

   Tak jak już pisałam w poście o kosmetykach dla noworodka (http://arkanaurody.blogspot.com/2013/05/kosmetyki-dla-noworodka.html), 8 maja (środa) pojechałam ze skierowaniem do szpitala oddalonego od Zielonej Góry o ok. 20 km. Wybrałam ten szpital gdyż był on placówką małą, a nie tak wielkim kołchozem jak szpital w moim mieście. Dodatkowo 2 lata temu przeszedł generalny remont, było w nim przyjemnie a nie tak typowo "szpitalnie", sale były 2 osobowe, szpital posiadał nowy sprzęt, wśród kobiet rodzących już w tym szpitalu wędrowała o nim dobra opinia, no i mój ginekolog pracował w tym właśnie szpitalu, ale to akurat nie miało znaczenia, bo akurat jak ja przebywałam w szpitalu to mój lekarz nie miał dyżuru.
   Do szpitala trafiłam o godz. 7:30, a na izbę przyjęć weszłam o 8:00. Cała papirologia związana z przyjęciem na oddział trwała ok. 40 min.
   Potem zaprowadzono mnie na 40 minutowe KTG (jest to monitorowanie akcji serca płodu wraz z jednoczasowym zapisem czynności skurczowej mięśnia macicy). Najgorsze było to, że to badanie zrobiono mi na sali porodowej a obok, na innej sali w tym samym czasie rodziła dziewczyna, która tak się przeraźliwie darła i jęczała, że ja w pewnym momencie taka byłam przestraszona swojego porodu, że prawie się popłakałam, ale zaczęłam myśleć o czymś innym i jakoś przetrwałam ten zapis...
   Potem poszłam na badanie ginekologiczne, na którym stwierdzono, że mam jeszcze małe rozwarcie, jednak moja szyjka macicy jest bardzo miękka. Odesłano mnie pod gabinet gdzie miało mi być wykonane USG. Na korytarzu czekałam ok. 30 min bo przede mną były inne kobiety. Na badaniu też nie wyszło nic co wskazywało by na to bym miała rodzić, jednak Pani doktor stwierdziła, że nie można mnie odesłać do domu i zostawią mnie w szpitalu. Potem znów ok. 30 min czekałam na przydzielenie sali, doczekałam się... pokój dzieliłam z dziewczyną, która w niedzielę urodziła synka. Kiedy już się rozpakowałam i rozsiadłam w łóżku, ok. 13:00 przyszedł obiad - mi należała się tylko zupa - mega szpitalna i mało sycąca :( zresztą jak się później okazało, całe jedzenie było takie.
   Ok. godz. 15:00 zabrano mnie na kolejne KTG wraz z podaniem dawki testowej oksytocyny (zapoczątkowanie lub wzmocnienie skurczów macicy w celu przyspieszenia porodu) tak by było wiadomo jak zachowuje się dziecko podczas skurczów. Trwało to godzinę. Po ok. 10 minutach od rozpoczęcia zapisu zaczęły się lekkie skurcze. I tak do końca zapisu. Zapis okazał się dobry. Wróciłam do pokoju. Potem przyjechał mój mąż z zapasami jedzenia, bo stwierdziłam, że na szpitalnym jedzonku to ja daleko nie zajdę :) Skurcze dalej się pojawiały ale w coraz to dłuższych odstępach czasowych, jednak były coraz mocniejsze, ale pod wieczór całkiem ustąpiły. Ok. 21:00 poszłam spać, ale budziłam się co chwilę, gdyż moja współlokatorka tak głośno chrapała, że ja nie mogłam porządnie zasnąć.
   I tak do godz. 2:00 w nocy. Wtedy to dostałam pierwszy mocny skurcz. Najpierw pojawiały się co 20 min., od godz. 3:20 co 10 min, a ok. godz. 5:00 nad ranem to miałam je co chwilę. Ok. godz. 7:00 przyszła pielęgniarka zmierzyć mi temperaturę ale gdy mnie zobaczyła, zapytała się mnie co mi jest, więc ja jej odpowiedziałam, że mam skurcze, a ta pobiegła po położną, która kazała mi iść na KTG. Na zapisie wyszło, że mam już regularne skurcze porodowe, które bolały jak nie wiem co. Kazano mi iść do drugiego gabinetu na badanie ginekologiczne, ledwo na nie doszłam bo w tym czasie miałam skurcze. Potem ledwo wgramoliłam się na fotel a już zejść z niego nie mogłam, tylko mnie z niego ściągano. Ale na badaniu okazało się, że rozwarcie nadal jest niewielkie, ale kazały mi zabrać z pokoju potrzebne mi rzeczy i wrócić już na salę porodową. W tym czasie zadzwoniłam do śpiącego jeszcze męża z tekstem "RODZĘ!". Poszłam po swoje rzeczy i wróciłam na salę.
Okazało się, że nikogo z personelu tam nie było. Nie wiedziałam czy mogę wejść na salę i w ogóle to na którą salę mam iść. W tym czasie moje skurcze były tak silne, że ledwo utrzymywałam się na nogach, do tego robiło mi się tak niedobrze, że myślałam że zarzygam całą poczekalnię. Po ok. 10 min. pojawił się mój mąż, byłam zdumiona że jest tak szybko. Okazało się, że jechał 200km/h! Czubek!!! Widziałam na jego twarzy lekkie przerażenie. Potem przyszła jeszcze jedna dziewczyna do porodu i tak we dwie spacerowałyśmy sobie ze skurczami po poczekalni. Potem przyszła położna i zdziwiona była, że nie wybrałyśmy sobie sal porodowych i że jeszcze nie leżymy na nich... lol!
   Gdy weszłam na swoją salę, podłączono mnie na chwilę do KTG, potem kazano chodzić, w czasie skurczy szybko oddychać i być rozluźnioną, łatwo powiedzieć. Położna okazała się bardzo niemiłą osobą. Zdziwiona była, że nie chodziłam do szkoły rodzenia, dodatkowo zadawała mi tak głupie pytanie, że myślałam że ma mnie za niedorozwiniętą: "Czy wie Pani co to w ogóle poród?, Czy wie Pani jakie musi być rozwarcie by zaczęła się akcja porodowa?..." Miałam ochotę jej wykrzyknąć "Nie ku.wa nie wiem, żyjemy w średniowieczu a ja jestem niedouczona", ale tylko przemilczałam jej pytania, bo też nie miałam siły na nie odpowiadać. Cały czas trzymałam się barierek przy ścianie. Moje skurcze tak przybierały na sile, że prawie zwalały mnie z nóg, dobrze że były drabinki i mój mąż, to jakoś się utrzymywałam na nogach. Byłam już tak zmęczona, że ledwo patrzyłam na oczy i nawet nie odpowiadałam na pytania. Dodatkowo było mi strasznie zimno, a co jakiś czas zalewałam sie potem.
   W pewnym momencie poczułam silną potrzebę pójścia do toalety. Położna powiedziała, że to dziecko już jest tak nisko, że naciska na jelito grube i pęcherz. Przesiedziałam w ubikacji z 15 min. Dzięki Bogu zanim z niej wyszłam udało mi się jeszcze się umyć.
   I znowu kazano mi iść do drugiego gabinetu na badanie ginekologiczne, myślałam że to jakieś żarty, że każą w takim stanie iść na fotel, ale zebrałam się w sobie i poszłam. Okazało się, że w przeciągu może 40 min. od ostatniego badania moje rozwarcie było już całkowite. Wróciłam na salę porodową i kazano mi się już położyć na łóżko. Przyszła lekarka przebiła mi pęcherz płodowy. Poczułam przyjemne ciepło. Potem zaczęła się akcja z położną - uparcie chciała bym podczas parcia złapała się za spód ud i bym parła tyle czasu ile ona chciała, a ja nie byłam w stanie tyle przeć. Ciągle coś do mnie mówiła i to z pretensjami. Ja byłam już tak wkur..ona, że miałam jej dość. W końcu ona stwierdziła, że skurcze ustępują i że będzie trzeba mi dać kroplówkę na wywołanie. Zakryła mnie prześcieradłem i sobie poszła. Zostaliśmy z mężem w sali sami. Przez chwilę skurcze rzeczywiście zelżały, aby potem wrócić ze zdwojoną siłą. Podczas skurczy mocno parłam. W pewnym momencie poczułam, że główka dziecka jest już blisko wyjścia bo czułam bardzo mocne rozwieranie mojego wejścia do pochwy. Nawet mężowi powiedziałam "Czuję ją już blisko, bo mi się c.pa rozrywa...". W tym momencie do pokoju weszła inna położna. Gdy odkryła prześcieradło, przeraziła się. Zaczęła krzyczeć, że to już, że nic nie jest przyszykowane i pytała się gdzie tamta położna, potem usłyszałam "Tak najlepiej sobie kur.a pójść i zostawić wszystko!". Przybiegła inna lekarka i szybko przygotowały wszystkie niezbędne narzędzia i sprzęty do porodu. Widziałam jak ta położna była przerażona, uwijała się jak w ukropie. Dawała mi instrukcje kiedy mam przeć i oddychać a kiedy nie. Wszystko trwało parę minut. Widziałam tylko w akcji nożyce którymi mi przecięto krocze, a potem zobaczyłam w górze pupę mojej córki :) potem usłyszałam jak krzyczy. Położono mi ją na piersi. Mąż przeciął pępowinę. Lenkę zabrano do badania. Popłakałam się...
   Podano mi małą dawkę oksytocyny by skurcze wywołały urodzenie łożyska - było to całkiem przyjemne uczucie bo łożysko było ciepłe i miękkie. Potem przyszedł lekarz by mnie zszyć. Trwało to ok. 15 min i raczej nie było to doznanie przyjemne mimo, że wstrzyknięto mi znieczulenie. Czułam wycieranie wacikami i jak lekarz pociąga nitką. Potem podano mi córkę i tak leżałyśmy na sali porodowej 2 godziny. Próbowałam podać Lenie pierś ale nie chciała za bardzo jeść. W tym czasie mój mąż musiał wrócić do pracy.
   Po 2 godz. przyszła ta położna, która wcześniej mnie zostawiła i była dla mnie taka miła, aż za bardzo... Na wózku inwalidzkim przewiozła nas do naszej sali. Mojej współlokatorki już nie było, ale okazało się że dziewczyna, która ze mną przyszła do porodu, 10 minut po mnie też urodziła córeczkę i to razem będziemy leżały w sali. I tak oto zostałam z Lenką sam na sam. Tego dnia ona właściwie tylko spała, nie jadła, nie marudziła. Odpoczywała po porodzie. Co jakiś czas przychodziły wizytacje różnych lekarzy i pielęgniarek, raz do mnie raz do Leny. A raz czy dwa zabrano Lenę na jakieś ważniejsze badania. W końcu przyszedł czas na pierwsze przewinięcie Leny - nawet nie wyobrażacie sobie jak trzęsły mi się ręce i jaka byłam po całej akcji z pieluszką spocona :)
   Po południu przyjechał mąż wraz z nowo upieczonymi babciami - wyobraźcie sobie co to było :) Potem pojechali a ja mogłam cieszyć oko swoją córką, która była i jest taka ładna, najpiękniejsza i najwspanialsza (teraz wiem, że dla każdej matki jej własne dziecko jest tym naj...). Noc minęła nam spokojnie, jedynie ja budziłam się co chwilę ze stykami czy ona oddycha, czy jej wygodnie, czy jej nie za zimno.
   Cały piątek minął w jako takim spokoju. Niestety miałam problemy z karmieniem piersią. Lena nie chciała łapać brodawki i tylko porobiła mi krwiaki. Pielęgniarki przychodziły i maltretując moje piersi zmuszały Lenę do ssania. Ona się wydzierała a ja się strasznie denerwowałam. Potem z tych nerwów pokarm mi całkiem zniknął. Byłam bezradna i obwiniałam się, że zamiast karmić mlekiem z piersi gdzie jest to co najlepsze, to ładuję w Lenę pokarm z butelki. Z nerwów tylko płakałam i nie mogłam się uspokoić.
   W sobotę ok. godz. 13:00 w asyście taty opuściłyśmy szpital. W końcu do domu! Ale miałam obawy czy bez tych wszystkich położnych i pielęgniarek poradzę sobie. No bo skąd będę wiedziała jak zareagować na daną sytuację? Ale teraz już wiem co to instynkt macierzyński.

  Jednak dalej martwiło mnie to karmienie piersią a raczej jego brak. Wkurzało mnie to, że wszyscy w około mówili, że muszę zacząć karmić piersią bo to dobrze dla małej, wygodniej i oszczędniej. A ja się tylko wkurzałam... Kupiłam sobie herbatkę laktacyjną i piłam ją jak przykazano - 4 x dziennie. Poprosiłam też męża by zajął się moimi piersiami i by zaczął próbować mi je ssać tak jak to robi dziecko. Miał w końcu lepsze "zaciągnięcie się" niż Lena i miałam nadzieję, że wyciągnie mi pokarm. Pół soboty nic, w niedzielę też nic, ale próbował nadal. W niedzielę wieczorem moje piersi mocno się powiększyły i zrobiły się bardzo twarde, w nocy nie mogłam spać na bokach bo tak mnie bolały piersi. W poniedziałek w końcu pojawił mi się pokarm! :) Byłam szczęśliwa na maxa. Jednak Lenka nadal miała problem z ssaniem moich brodawek, ale miałam kupione specjalne nakładki na sutki i jak dotąd radzi sobie z saniem doskonale!
   Ogólnie po porodzie czułam się dobrze, normalne że szwy mnie bolały i musiałam siedzieć pokrzywiona, na jednym pośladku, ale najgorsze było to, że coś mi wlazło w dolną część pleców, nie wiem czy to korzonki czy rwa kulszowa, ale dziadostwo siedzi tam do dziś i za nic nie chce wyjść. Mam problem z poruszaniem się, chodzę jak inwalidka. Czuję się jak wrak człowieka. Boli to bardzo. Czasami aż muszę wziąć przeciwbólowy Ketonal, który przypisali mi w szpitalu, no ale nie mogę ciągle truć Leny. Chciałam się nawet zapisać na masaże kręgosłupa ale okazało się, że po porodzie nie można masować dolnej części pleców przez min. 6 tygodni :( Także cierpię nadal...
   Dzięki temu, że karmię piersią moja macica się szybko skurczyła i po tygodniu od porodu mój brzuch wyglądał tak:


Niestety nie zrobiłam sobie zdjęcia jak teraz wygląda mój brzuch, ale nadrobię to. Dzisiaj się ważyłam i ku mojemu zaskoczeniu ważę tyle ile przed ciążą :) Czyli w 18 dni zgubiłam troszkę ponad 12kg. Oczywiście mam zamiar nadal zrzucać kilogramy i chciałabym dojść do wagi 75kg. Jak mi się to uda to będę w 7 niebie.

  No i tak wyglądał mój poród. Ogólnie na szpital i na personel nie mogę narzekać, oczywiście pomijając ten incydent z wredną położną.
   Do tej pory wspominam ten ból ale gdy patrzę na Lenkę to od razu o nim zapominam, za to bardzo często płaczę - to ze szczęścia i z miłości do tej malutkiej kruszynki. Gdyby mi ktoś ponad 2 tyg. temu powiedział, że ja tak bardzo będę ją kochać i tak na nią reagować, w życiu bym w to nie uwierzyła. Oczywiście w ciąży już ją kochałam ale teraz to zupełnie inna miłość. Pewnie dla niektórych z Was, co nie maja dzieci, może to co piszę wydać się dziwne ale na pewno te z Was, które mają już dzieci wiedzą o czym piszę.
Zauważyłam też, że mój mąż się zmienił. Nie wiem jak to opisać słowami, ale po prostu się zmienił. Gdy zajmuje się Leną to jest to dla mnie najcudowniejszy widok. Uwielbiam na nich patrzeć.
   Lena ma dziś 18 dni i ciągle się zmienia. Codziennie inaczej się zachowuje, inaczej reaguje na różne rzeczy, na nas. Już zaczyna wodzić za nami oczami, słuchać nas, chwytać za palce i zaczyna wydawać z siebie różne dźwięki - położna mówi że ćwiczy struny głosowe i to jest takie jej "gaworzenie". Uwielbiam na nią patrzeć, robi takie śmieszne miny i patrzy na mnie tymi swoimi wielkimi oczami! Moja córka - ponad 3 kg czystej miłości!!!

6 komentarzy:

  1. Kochana gratuluję Ci wytrwałości i cierpliwości! Jesteś dzielna i możesz być z siebie dumna! Dałaś radę, córeczka jest zdrowa, chce jeść, więc wszystko jest idealnie! Ja co prawda dzieci nie mam, ale z pewnością kiedyś się to zmieni! Oby tylko położne były bardziej ludzkie, a służba zdrowia dbała o ciężarne kobiety bardziej - to wszystko będzie tak jak należy ;)
    Gratuluję Ci i oczywiście ciesz się tymi chwilami, bo teraz są najpiękniejsze ;)
    Buziaki dla Ciebie i Lenki! :*

    PS - historia faktycznie dla osób o silnych nerwach :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogólnie na całość narzekać nie mogę, jedynie ta wredna położna! No ale było, minęło... Pozdrawiam i dziękuję za gratulacje.

      Usuń
  2. Podziwiam:) ja jestem jeszcze daleka od posiadania dzieci, ale jak czytam o tych lekarzach, położnych to strach mnie straszny ogrania.. Ale naprawdę podziwiam no i gratuluje córeczki:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale nie można zakładać z góry, że będzie źle. Mi się niestety trafiła wredna baba, ale cała reszta personelu i szpital były w porządku. Dziękuję za gratulacje, pozdrawiam.

      Usuń
  3. dziecko to najpiekniejszy dar ;d dodaje do obserwowanych

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, to prawda! Moje małe cudo ma już 1,5 m-ca, patrzę na nią codziennie i nie mogę się na nią napatrzeć!

      Usuń

Bardzo dziękuję za Twój komentarz i za poświęcony czas.
Każdy komentarz jest dla mnie bardzo ważny, zarówno ten pozytywny jak i ten negatywny. Pamiętaj jednak, jeżeli chcesz napisać coś negatywnego, zastanów się najpierw czy poprzez ten komentarz nie obrazisz osób trzecich. Bardzo proszę o nie ubliżanie, nie wyzywanie i nie wyśmiewanie się z nikogo.
Na każdy komentarz-pytanie staram się odpowiedzieć.
Zawsze wchodzę na blogi osób, które komentują moje posty.

Pozdrawiam
Arkana Urody i Wdzięku